niedziela, stycznia 20, 2008

G.K. Chesterton o Kiplingu i kurczącym się świecie





Twórczość G.K. Chestertona, tudzież jego sylwetka, zarówno ta duchowa jak fizyczna,
jest, mniej lub bardziej w Polsce znana.
Atoli szkic Chestertona o Kiplingu, który niniejszym pragniemy przypomnieć,
już niekoniecznie.

Zamieścił Chesterton ów szkic w zbiorze „Heretycy” w roku 1905.
Przekład polski całego zbioru pojawił się po bez mała 100 (słownie stu) latach,
w roku 2004.
(Dzięki Wydawnictwu ” Fronda” i tłumaczce p. Jadze Rydzewskiej.)

Jeszcze mniej osób wie, że jeden rozdział „Heretyków”,
właśnie ów esej o Kiplingu,

został przetłumaczony na jęz. polski znacznie wcześniej, bo w roku 1922.
Autorem przekładu był Wilam Horzyca.
Oto on:
G.K.Chesterton. "On Mr. Rudyard Kipling and Making the World Small."
…Pierwszym, co muszę podnieść na chwałę Rudyarda Kiplinga, to odnalezienie wielu zaginionych już dziedzin poezji, co poczytuję mu za ogromną zasługę. Prostacki materializm, chwytający się tylko słów, nie był jego sztuką; docierał on do romantyzmu każdej sprawy; on to zrozumiał głębokie znaczenie pary i narzecza. Para, powiedzmy, jest tylko nikczemnym tworem ubocznym nauki, narzecze jest zjawiskiem ubocznym mowy. Ale Kipling należy do tych nielicznych, którzy rozumieją pokrewieństwo duchowe tych spraw i wiedzą, że gdzie jest dym, tam ogień być musi,
gdzie kwitnie to, co najpospolitsze, musi również zakwitnąć i najidealniejsze.

Co ważniejsze, ma on nam coś do powiedzenia, a jego jasno określone przekonania świadczą, że jest on człowiekiem śmiałym, umiejącym wszystkiemu zajrzeć w oczy.
A kto urobi sobie obraz świata, ten świat posiada.
To więc, co Kipling ma nam do powiedzenia, myśl przewodnia jego twórczości, to godne jest rozpatrzenia. Napisał on niejeden kiepski wiersz, jak Wordsworth, niejednokrotnie plótł głupstwa, jak Platon; dał się nieraz porwać histerii politycznej, jak Gladstone, ale nikt nie wątpił nigdy w jego przekonania, jego rzetelność, tak, że pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie; co właściwie chciał nam powiedzieć.
Może dowiemy się tego najlepiej, gdy odłożymy na bok jego książki, świadczące – co wysuwa zarówno on sam jak i jego przeciwnicy - o jego miłości do militaryzmu. By przekonać się o czyjejś wartości nie należy zasięgać zdania u jego wrogów, a jeszcze mniej u niego samego.

Kipling myli się w swej apoteozie militaryzmu, ale po większej części mylą się i jego przeciwnicy. Sedno w tym, że militaryzm udowodnił nam, iż ogół ludzki jest łagodny, bojaźliwy i niezmiernie pokojowo usposobiony, a tylko mniejszość jest dumna, pełna ognia i niezmiernie wojownicza.
Żołnierz zawodowy w tym większą urasta potęgę, im bardziej zanika odwaga pewnej społeczności. Znaczenie pretorianów rosło w Rzymie tym bardziej, im większa była wybujałość i zniewieściałość, które podkopały siły Rzymu. Żołnierz zyskuje władzę nad społeczeństwem w miarę jak społeczeństwo zatraca swe cnoty wojskowe.

I tak było w starożytnym Rzymie, tak jest w dzisiejszej Europie. Nigdy nie były ludy bardziej militarystyczne, nigdy też mniej waleczne. Wszystkie epopeje ubiegłych stuleci opiewały broń i wojowników. Ale my zdołaliśmy równocześnie osiągnąć niebywałe wprost udoskonalenie broni
wraz z wyrodnieniem człowieka. Militaryzm zapowiadał upadek Rzymu, tak jak obecnie zapowiada upadek Prus.

Mistrzowsko, choć mimo woli, uświadomił nam to Kipling. Bo kto dzieła jego poznał dokładnie, ten niewątpliwie przekonał się, że nie wyznacza on wojskowości stanowiska najważniejszego i najbardziej otoczonego nimbem. Także opowieści mające wojsko za temat mniej mu się udały, niż te w których opisuje robotników kolejowych czy budowlanych, a nawet dziennikarzy.
Co go pociąga naprawdę, to nie odwaga, ale dyscyplina. W Średniowieczu, gdy królowie nie posiadali jeszcze stałych wojsk, ale każdy miał łuk i miecz, w obrębie jednej mili kwadratowej było więcej odwagi, niż w naszych wielotysięcznych armiach.

Co Kiplinga zachwyca, to, jak powiedziałem, nie odwaga ( która mało go zajmuje), ale dyscyplina, będąca jego ulubionym tematem. Nowoczesna armia nie jest cudem waleczności; wskutek powszechnego tchórzostwa nikt nie ma sposobności do okazania tej cnoty. Ale jest ona cudem organizacji, a to jest ideałem Kiplinga.

Przedmiotem jego wzruszeń nie jest odwaga, która jest sprawą wojownika, ale wzajemna
zależność i siła, co dotyczy zarówno inżynierów i marynarzy, jak mułów i maszyn parowych. Dlatego jest on najświetniejszy, gdy pisze o inżynierach i marynarzach, o mułach i maszynach parowych. Prawdziwa poezja, prawdziwy romantyzm, których nas uczy, to poezja podziału pracy i dyscyplina wszelakich zawodów. Opiewa on sztukę krzewienia pokoju w sposób o wiele bardziej doskonały, niż sztukę prowadzenia wojen. A jego tezy mają siłę i życie.

W pewnym sensie wszystko jest jakby armią, gdyż wszystko pochyla głowę przed jednym nakazem. Nie ma tu żadnego kącika epikurejskiego, jak nie ma miejsca na nieodpowiedzialność. Gdziekolwiek torowano dla nas drogi, wszędzie płacono za to trudem i podporządkowaniem się.
W chwili niebiańskiej beztroski kładziemy się na przykład do hamaka, ale chętnie pamiętamy, że siatkarz nie robił go w stanie niebiańskiej beztroski. Dla żartu siadamy na drewnianego konika, ale chcemy wiedzieć, że stolarz nie zapomniał „ dla żartu” przykleić mu nóżek.
Daleki od tego, by żołnierza, czyszczącego swój karabin, uważać za coś godnego uwielbienia tylko dlatego, że jest wojskowym, Kipling niejednokrotnie podnosił fakt, że piekarz wypiekający swe bułki i krawiec przykrawający swe ubrania jest tak samo wojskowym, jak każdy inny człowiek.

Kipling, który hołduje tak wielostronnej idei obowiązku, jest oczywiście kosmopolitą.
Zdarza się czasem, że przykłady swe znajduje w obrębie państwa brytyjskiego, ale równie dobrze mogłoby mu ich dostarczyć każde inne państwo, jak w ogóle każdy inny naród o wyższym poziomie kulturalnym. To co podziwia on w armii angielskiej, znalazłby jeszcze bardziej godne podziwu w Niemczech. Życzenia, które wypowiada pod adresem policji angielskiej, ujrzałby we Francji już obrócone w rzeczywistość. Dyscyplina nie jest wszystkim, ale tkwi we wszystkim. A że Kipling tak ją wynosi ponad wszystko, to dowodzi jego obycia w świecie, jego doświadczenia zdobytego w wędrowniczym życiu, a stanowiącego główny czar jego najlepszych książek.

Wielkim niedomaganiem jego talentu jest może brak patriotyzmu, niezdolność oddania się jakiejś sprawie na śmierć i życie.
W każdym oddaniu się jest tragizm. Kipling podziwia Anglię, ale jej nie kocha; podziwia się rozumem, ale miłość nie szuka uzasadnienia. Podziwia on Anglię, bo jest silna, ale nie dlatego, że jest Anglią. Stwierdzić to trzeba bez goryczy, gdyż - oddajmy mu sprawiedliwość - z czarującą szczerością sam to przyznaje.
W jednym ze swoich najciekawszych wierszy powiada;

„Gdyby tym Anglia była, czym się wydaje,"

t. j. słabą i bezsilną, i gdyby Anglia nie była tym, czym (jego zdaniem ) jest, t. j. potężną i rozumną,

„jak prędko rozstalibyśmy się z nią! Ale ona jest potężna!”

A więc przyznaje, że jego sympatia jest wynikiem jego rozważań rozumowych. Jak w tym dalecy jesteśmy od miłości ojczyzny u Burów, w Południowej Afryce, których miłość ta przyprawiała o śmierć.
Gdy mowa o naprawdę patriotycznych krajach, jak na przykład o Irlandii, wówczas z trudem tylko udaje się mu pohamować swe zniecierpliwienie, by nie wybuchnąć w jak najostrzejszych słowach.
Ale doskonale opisuje nastroje kosmopolitycznego bywalca, który zna wiele krajów i ludzi i :
„Z krańca na kraniec przelata
Podziwiać wsze ziemie świata”


Mistrzowsko maluje on melancholie, jaka opada tych, którzy byli obywatelami wielu miast, przyjaciółmi wielu kobiet. Jest on kochankiem wszystkich narodów. Ale można w obcowaniu z kobietami zyskać niemało doświadczenia, a mimo to nie wiedzieć, czym jest pierwsza miłość;
można poznać tyle krajów, co Ulisses, a nie wiedzieć, czym jest miłość ojczyzny.

W jednym ze swych znanych epigramów pytał Rudyard Kipling; „co może wiedzieć o Anglii ktoś, kto zna tylko Anglię?”.
Ale jeszcze słuszniejsze byłoby pytanie: "Co mogą o Anglii wiedzieć ci, którzy znają tylko świat?”, gdyż świat, to jeszcze nie Anglia, tak samo jak i nie Kościół.
Od chwili, w której całym sercem przywarliśmy do jednej rzeczy, świat, czyli wszystko, co jest poza tą jedną rzeczą, staje się naszym nieprzyjacielem. Chrześcijanie rozumieli to, gdy pragnęli być „przez świat nieskalani”, a kochankowie wypowiadają podobną myśl mówiąc o błogim oderwaniu się od świata.
Wszyscy oni doświadczyli tego na sobie samych; świat staje się im wrogi z chwilą, gdy coś zaczęło być ich miłością.

Kipling zna świat; jest on - przy całym ograniczeniu, które przypada w udziale więźniowi tej planety - światowcem. Zna on Anglię, jak inteligentny Anglik zna Wenecję. Nieraz był on w Anglii, a nawet przebywał tu przez czas dłuższy, ale nie przynależy tu, jak nie przynależy do żadnego innego kraju; dowodzi tego fakt, że Anglia jest dla niego tylko określonym miejscem.
Dopiero gdy w miejsce jakieś wrośliśmy korzeniami, przestaje ono być miejscem i, jak drzewo, żyjemy wówczas wszystkimi sokami wszechświata.

Globtrotter żyje w węższym świecie niż chłop; żyje on zawsze w pewnego rodzaju atmosferze lokalnej. Londyn jest miejscem, które porównać można z Chicago, a znów Chicago z Timbuktu. Ale Timbuktu nie jest miejscem, bo są tam ludzie, którzy uważają je za wszechświat i oddychają tam powietrzem wszechświata.
Podróżnik jadący swym parowcem salonowym zna wszystkie rasy ludzkie; myśli o różniących ludzi cechach; o modach i ubiorach; o modzie noszenia kolczyków w nosie, jak u ludów afrykańskich, albo też w uszach, jak u Europejczyków; o barwie niebieskiej, którą malowali się starożytni Brytowie, albo też czerwonej, która szminkują się współcześni Brytowie.

Chłop na swym zagonie nic nie widział z tego świata; ale myśli o rzeczach, które nas, ludzi wiążą ze sobą; o głodzie, o małych dzieciach, o urodzie kobiet, o płynących chmurach, czy czymś grożą, czy też wróżą coś dobrego.

Kipling, mimo wszystkie swe zasługi, jest Globtrotterem; nie ma on dość cierpliwości, by stać się częścią całości.
Człowieka o takiej wielkości i geniuszu nie można pomawiać po prostu o cyniczny kosmopolityzm, niemniej jednak kosmopolityzm zmienia się u niego w słabość.

W jednym z najpiękniejszych swych wierszy "The Sestina of Tramp" widzimy to jasno; bohater jego wyznaje, że gdy chodzi o głód i strach, wszystko znieść potrafi, tylko nie to jedno;
wiecznie żyć na tym samym miejscu.
Im bardziej jest coś martwe i suche, im bardziej jest prochem, tym więcej jest ruchliwe;
a więc kurz, puch i wysocy komisarze Południowej Afryki. Lecz to, co przynosi owoce, jest zawsze czymś osiadłym, jak bogate drzewa owocowe wśród żyznego mułu nilowego.

Przysłowie „toczący się kamień nie porasta mchem” wydawało się naszej żarliwości młodzieńczej czymś niemądrym. Chętnie bylibyśmy zapytali; komu zależy na mchu? Chyba starym pannom.
(W myśl pierwotnego znaczenia tego przysłowia funkcjonującego wówczas Anglii
mech był czymś pożądanym, szlachetnym - Areop.)

Teraz jednak coś nam się wydaje, że powiedzenie to nie było bez racji. Spadając ze skały na skałę, kamień toczy się z trzaskiem i hukiem, ale jest martwy, a mech jest cichy, ponieważ żyje.

To pewna, że wyprawy zmierzające do rozszerzenia świata uczyniły nasz świat mniejszym.
Telegraf i parowiec pomniejszyły świat. Teleskop pomniejsza świat, a tylko mikroskop powiększa go. Niebawem spór podzieli świat na teleskopistów i mikroskopistów.
Pierwsi badać będą dale i żyć w małym świecie; drudzy będą dochodzić rzeczy małych i żyć w świecie niezmierzonym.

Niewątpliwie, jest czymś wspaniałym objechać świat automobilem, spojrzeć na Arabię jak na wir kurzu, a na Chiny jak na mignięcia pól ryżowych. Ale Arabia nie jest wirem kurzu, a Chiny nie są polem ryżowym. Stara kultura wraz z jej przedziwnymi cnotami leży ukryta w tej ziemi niby skarby.
Gdy chcemy je pojąć i zrozumieć, musimy przystępować do nich z prostotą dziecka i wielką cierpliwością poety, a nie z zaciekawieniem turysty. Takie kraje zdobywać, znaczy tyle, co je tracić. Ale człowiek, który stoi w swym ogrodzie warzywnym, z rozwartą na oścież krainą cudów przed sobą, oto człowiek o dalekosiężnych ideach. Jego myśl stwarza dale; automobil niszczy je bezmyślnie.

Człowiek nowoczesny uważa świat za kulę, którą bez trudu okrążyć można; myśli mniej więcej tak jak nauczycielka w szkółce ludowej. Dziwne nieporozumienie, którego przedmiotem jest Cecil Rhodes, ukazuje to w całej pełni. Jego nieprzyjaciele mówią o nim, że może miał on genialne idee,
ale był złym człowiekiem; jego przyjaciele twierdzą, że może nie był on dobrym człowiekiem,
ale pełen był wielkich idei.
I w samej rzeczy nie miał on wcale tak złego charakteru; był to człowiek bardzo zdolny i miał dobre chęci, ale jego kąty widzenia były zdumiewająco ciasne.
Nie ma w tym nic szczególnie wielkiego, że mapę zamalowuje się na czerwono; to zabawka dla dzieci. Można równie dobrze myśleć o kontynentach, jak myśli się o kamieniach naniesionych
przez potok górski.
Trudności powstają dopiero wówczas, gdy poczyna się badać, jaki jest skład jednego czy drugiego.
Proroctwo Rhodesa o oporze Burów jest doskonałym świadectwem, co znaczą owe ‘wielkie idee’, gdy w grę wchodzi nie myślenie kontynentami, ale zrozumienie kilku prostych ludzi.

Bo obok wszelakich złud tej kosmopolitycznej planety, z jej imperiami i Agencją Reutera, snuje się realne życie małego człowieka z jego małymi interesami, z tym drzewem czy z tamtą świątynią, z tym winobraniem, czy z tamtą biesiadną pieśnią, życie niedostrzeżone i nietknięte.

Ze swego wspaniałego zaścianka, spogląda on, możliwe, że z uśmiechem ,
na tę cywilizację motorów, która triumfująco przezwycięża czas i przestrzeń,
która zna wszystko i nic, i która w końcu zagarnąć gotowa system słoneczny tyko po to,
by na słońcu i gwiazdach nie znaleźć nic szczególnego.
Przekład Willam Horzyca.
( Tekst z niewielkimi skrótami.)