
Nie wiem jaki smak miało czytanie Kiplinga w tłoczonej oprawie z ozdobnym exlibrisem. Ale znam i pamiętam dobrze postrzępione, zatłuszczone kartki książek zdobywanych przez długie wystawanie w ogonku, w mrocznych pokoikach blbljoteki miejskiej prowincjonalnego miasteczka.
Uczniowie bezstylowej szkoły — wysysaliśmy perwersyjny wdzięk tradycji ze „Stalky i Sp."; spodełba patrzący czempioni pełnego emocyj, ale bardzo nieoficjalnego sportu... zwiedzanie kolejno wszystkich w mieście sadów owocowych — zastygaliśmy na długie minuty nad niezrozumiałem Tabu: prywatną drogą z tabliczką „nie wolno"; pupile dość nieokreślonego (jak to po wojnie) „ciała" pedagogicznego— daremnie próbowaliśmy przeniknąć do dna nieuchwytną rytmikę pewnego wypadku w kasynie Białych Huzarów w Peshawar, oraz przedziwną intonację piosenki, śpiewanej przez małego Mildreda, najmłodszego oficera tego pułku.
To było bardzo dawno. A kiedy usiłuję nazwać motywy, których przejawem było to nieprzytomne, ani warunkami, ani gustami środowiska nieusprawiedliwione zaczytywanie się w Kiplingu, i nazwać tęsknoty, które budziło i rozpałało — pierwszy raz, a na zawsze — dorozumiewam się: WOLA KULTURY, to właśnie.
Spyta kto: a wielka literatura narodowa? Moi drodzy, poznawana z bryków „stąd dotąd", żadna nie jest wielka. Zresztą... cóż mają wiersze o Urszulce do zafasowanych malinówek? Albo analiza ideowa Wielkiej Improwizacji do odpisywanych pośpiesznie i skrycie —- uzupełnień innego arcydzieła?
Nie należy zapominać: jako pokolenie [autor artykułu ur. się w r. 1910 - Ar.] byliśmy swego rodzaju fenomenem pedagogicznym, kołysały nas najdziwniejsze lata. I wciąż jeszcze wiało Wschodem: dysproporcje, kontrastowy światłocień wielkiej frazeologji i koszlawej codzienności. A tu oto krążyły historyjki, które powściągliwie dowcipny pan z Bombaju pisywał do gazet, i z tych historyjek, o ledwie, domacywanym przez nienawykłe mózgi sensie, wyrastała fascynująca wizja obowiązku i prawa Białego Człowieka, nie tego z głupawo miłych powieści awanturniczych, ale inna, dziwna i trudna jak brzmienie tego obcego słowa — gentleman.
Czy literatura wychowuje? — Myślę, że tych kilka różnie tłumaczonych książek miało większe pedagogiczne znaczenie, niż wszystkie razem wzięte okólniki, wydane od „zaistnienia" szkoły polskiej do r. 1926 włącznie.
To było dawno. Powoli dorastało się, kształtował się puch pod nosem, kształtował się smak. Wtedy dopiero po raz drugi i w całej pełni: Rikki-tikki-tawi, krasnooki ichneumon, i Nag, śpiew fok i niezapomniana sprawa szczeciny świńskiej, która miała uszczęśliwić Indyjskie Cesarstwo... Wtedy dopiero pierwsze rozkosze literackie, np. z „Co innego jest słyszeć, a co innego wiedzieć napewno".
Drogowskazy natomiast moralne zagęszczały się, zaczynały się krzyżować i plątać, bardziej fascynujące światło rozpalił inny już wielki latarnik Conrad. Było Wilno — jeszcze Alma Mater, a - nie dzisiejsze —- U. S. B. Cienie Bandy, łabędzie śpiewy w traktirze „Pod Dwunastką" (pomyśleć — prawie Chesterton), cienie principiów, jakieś frencze donaszane —a ciągle brak STYLU, brak przez zdolnych ludzi z fantazją dorywczo łatany. Czwartki, Żywa Gazetka, S. T. O. Skąd pseudonimy? — Z Kiplinga. O czem wiersze? O Kaa, Cat'ie, o butach.
Skąd metafory i rytmika? —- Stamtąd, stamtąd, stamtąd!
A latem kolega „akademik z wszechnicy Batorego" (autentyczne) jechał do Nowicz (Legaciszek) i kiedy chciał żyć towarzysko, być elegancki (esprit, finesse...), co wymyślił, obgryzając paznokcie? — „Miła jesteś żabko moja, szkoda, że intelekt nie dorównuje karnacji"... Śpiewano też o pawjanach.
I to było dawno. Znormalizowana szkoła produkuje znormalizowanych studentów. Tradycja uniwersytecka nie wytworzyła się, styl nie utrzymał się, ani tamten, ani żaden nowy, szczególny. — Ot, jak w wagonie „sport-dancing". Standaryzowane. Żyzna rola, dobry materiał pod ministerstwo propagandy, które tuszyć należy, że i t. d. Ale gdyby uważano przypadkiem, że trzeba nam trochę ludzi tamtego pokroju, trochę Dravotów („O człowieku, który
chciał być królem"), Holdenów („Bez błogosławieństwa bożego"), czy Mildredów („Człowiek, który był", bywszyj), którzy wielką rzecz umieli robić dziwnie pięknie, to myślę, że należałoby (— ale bardzo, bardzo delikatnie!— pamiętając ze „Stalky i Sp." o gadatliwym panu z flagą w ręce...) należałoby, powiadam „zadbać", by przynajmniej książek — pożywki dla kiplingowskiego szaleństwa, w bibljotekach szkolnych nie zabrakło.
***
Właśnie do tego doszedłszy zdecydowałem się na „wgląd". — Jak to się dziś sprawy mają z Kiplingowemi książkami? Pytałem tu i ówdzie, po bibljotekach. Zapotrzebowanie, owszem, należyte. Egzemplarzy raczej za mało, niż za wiele. Nie wszystko też można dostać, ale „Dżungla" naogół reprezentowana. Tylko że... cóż to za „Dżungla" u djaska?!
Gdziekolwiek okazano mi egzemplarz, wszędzie to samo— drewniany, oschły język, wierszy, niezapomnianych wierszy kiplingowskich rozpoznać nie można! — „Bibljoteka Laureatów Nobla" tłumacz — Józef Birkenmajer. Całe Wilno pełne tego Birkenmajera.
Jeszcze raz niech mi wolno będzie wrócić do wspomnień. — Bardzo nie lubiłem wierszy! Ani Konopnicka, ani Słoński („z dwóch wrogich sobie szańców patrzymy śmierci w twarz...”), ani żadna inna „Reduta Ordona" nie zdołały nic na to. Dopiero stary, poczciwy Walter Scott i Kipling bodaj że jednocześnie... Wybuchło. Owóż z tamtych czasów dochowały mi się moje pierwsze prywatno - poetyckie wypisy: zżółkła kartka „rachunkowego" papieru drobno zapisana cytatami.
Teraz więc z tą kartką w ręce ruszyłem na poszukiwanie „mojego", niezapomnianego przekładu.
Mówiono mi: czegóż pan chce? Istotnie, przekład Mirandoli jest kiepski, ale już Mianowskiego wcale, wcale, a Birkenmajera do- sko-na-ły!
A jednak odnalazłem wkońcu swoje.
Jest to przekład Józefa Czekalskiego; czy miałem rację, za nim goniąc, proszę ocenić z tych paru zestawień.
Teodor Mianowski (Wydane z rysunkami Wł.Witwickiego. Ciekawym, czy dziś znalazłby się taki zuch, ktoby się odważył „ilustrować" postacie, żyjące wyobraźnią dwuch pokoleń...?) tłumaczy „Pieśń młodego strzelca" tak:
Zdradnie błoniem się przesuwa Mrok co czyha. Mrok co czuwa
Szmer to wzbiera, to gdzieś zgaśnie w cichych tchach
To w upiorny jęk uderzy, aż ci wszystek włos się zjeży
Ach to strach, myśliwcze młody, to jest strach!
Na kolana i z świszczącej rzuć cięciwy pocisk tnący
Dzidą gąszcze siecz, co toną w mroku rdzach
Lecz patrz! ręku ci omdlewa, a twe lico krew zalewa
Ach to strach, myśliwcze młody, to jest strach!
Spróbujcie te czicziczi przeczytać głośno i zobaczymy czyje lico krew zalewa!
Tymczasem J. Czekalski tłumaczy to w ten sposób:
Zwolna, zwolna, przez polany cień się skrada podejrzany
Stąd i zowąd szept się wznosi, słychać jęk...
Pot się kropli na twem czole, głos się wzmaga w górze, w dole...
To jest lęk, myśliwcze mały, to jest lęk!
Nuże, klęknij i z cięciwy w gąszcze pocisk rzuć straszliwy!
Z mrocznej pustki odpowiada groźny szczęk...
Czemuż ręka twa omdlała, z twarzy krew ci zbiegła cala?
To jest lęk, myśliwcze mały, to .jest lęk!
Mianowski:
Oto jest czworo nigdy niesytych, którym głód wieczny dopieka
Paszcza Szakala, gardziel Sępa, dłoń(!) Małpy, oko Człowieka.
Czekalski:
Tych oto czworga nikt nie nasyci, o czem wiadomo od wieka
Paszczy Dżakali, Sępa gardzieli, łap małpich i oczu człowieka.
A teraz Birkenmajer. — „Nocny śpiew Dżungli":
...Pospędzane już trzody do zamkniętej zagrody. —
teraz do dnia my hasać będziemy.
Hejże nadszedł czas luby naszej siły i chluby!
Górą kły i pazury i szpony
Hej słuchajcie wezwania! Dobrych łowów każdemu,
kto przestrzega Praw Dżungli zielonej!
To samo u Czekalskiego:
Niech w chlewach śpią trzody, my pędzim w zawody:
Puzurów, kłów, szponów brzmi sława!
Kto dzielny i zdrowy — hej, dalej na łowy! —
Lecz pomnij byś Puszczy czcił Prawa!
Widać z tego, że my, kilkanaście lat temu byliśmy wyraźnie uprzywilejowani, w stosunku
do dzisiejszych czytelników „Księgi Dżungli"!
A pieśń wilków z Seeone u Birkenmajera!:
Gdy świt błysnął na niebie, Sambhur beczeć zaczyna
Najpierw raz — potem drugi i trzeci!
I wnet wilk się przekrada — i wnet wilk się przekrada.
By wieść zanieść radosną do drużyny, do stada—
A my tropim i węszym i głosimy na śladach—
Najpierw raz — potem drugi i trzeci!
Co u Czekalskiego:
O świcie Sambhur zabeczał zdala
Raz jeden, drugi, trzeci..
Cichutko, leciutko, bez śladu i szmeru
Gromadzie wieść niosę i wzywam do żeru
Już tłum się szykuje I tropem przewala
Wilk jeden, drugi, trzeci—
W pieśni Bandar Logu stała pointa brzmi
u Czekalskiego:
—Mniejsza o to, my z ochotą
Ciągniem siebie za ogony!
Co Birkenmajer musiał oczywiście wykoszlawić na:
„pal sześć! (!) — Bracie, trza (t!) wyżej ogon
nieść!
Myślę, że czytelnik przygodny już dawno zrezygnował z tej lektury, więc tym co wytrwali dotąd nie potrzebuję dowodzić dlaczego przekład Birkenmajera jest nudny, oschły, werbalistyczny i nieudolny dźwiękowo, a przekład Czekalskiego (o ćwierć wieku wcześniejszy!), bije go naturalnością wysłowienia, sugestywnością dobrze w polskiem uchu dźwięczącej zwrotki, lekkością i zgrabnością stylu. Nie mogę się oprzeć, by nie zacytować tu jeszcze pięknego zakończenia „Pieśni Bandar-Logu".
Oto zwinnie całym rojem, poprzez lasy, ponad wzgórza,
Gdzie wodospad kwitnie dziki, w lotnych pląsach pędzim cwałem .
Co za wrzawa! Skrzyp konarów, trzask gałęzi, wrzasków burza!
Zobaczycie! czynów świetnych sława będzie nam udziałem!
Tego wodospadu kwitnącego nic powstydziłby się i dziś żaden poeta. Gdy się czyta taką zwrotkę, łatwo zrozumieć, że można ją potem pamiętać całe lata. I zdawałoby się, że z takimm precedensem należałoby się trochę liczyć i mając choć odrobinę poczucia poetyckiego, nie zapychać półek byle Birkenmajerami.
Szczegół pikantny: — przekład Czekalskiego ukazał się w latach 1900— 2 (a więc przed nagrodą Nobla! Inicjatywa i bezinteresowne, nie szukające konjunktury zrozumienie pisarza!) Z przedmową Ign. Matuszewskiego (oczywiście ojca) u Gebethnera i Wolffa, ale... nakładem tłumacza.
—
Wydanie to oczywiście było już absolutnie wyczerpane, gdy zdecydowano się puścić na rynek nową serję poczytnego laureata Nobla. Ważnym argumentem będzie tu zapewne (nie wiem, nie sprawdzałem dokładnie, angielskiego nie znam!) pietyzm wobec autora; kompletność, ścisłość...
— Czyż trzeba dowodzić, że są to wartości śmieszne, jeśli mają kosztować cenę uroku i wdzięku pisarza — przyjaciela młodzieży?!
Nie orjentuję się w sprawach rynku na Kiplinga, ale jeśli kiedy ma wyjść nowe wydanie Dżungli, to zasłużona firma Gebethner i Wolff powinna naprawić tamto „nakładem tłumacza" i wydać Czekalskiego na nowo, z koniecznemi poprawkami w terminologji, oraz ewentualnemi uzupełnieniami. Nie jest to sprawa błaha, czy młody czytelnik, o którego nam tu chodzi przecie, będzie miał w ręku dzieło żywe, czy drewno.
Józef Maśliński, Kurjer Wileński, 1936
Zachowano pisownię i podkreślenia autora.
***
P.s.
Odnośniki:
Przekład J. Czekalskiego
Przekład T. Mianowskiego
Przekład F. Mirandoli
Przekład J. Birkenmajera
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz